Newsletter
Jeśli chcesz otrzymywać pocztą aktualności, zapisz się na listę mailingową.

Twój adres e-mail:

Jesteś naszym 2544937 gościem
od 13-05-2007

Nowe publikacje

Lwowska Fala z dnia: 2016-08-14 08:10:00
Księga Gości: Maria Konopko pisze...
Spotkania w Centrum Kresowym – Bytom ul. St. Moniuszki 13, tel. +48 32 281-51-51
Artykuły i listy: Do Pana Posła Pawła Zalewskiego!


Aktualności

Dołącz i TY!

Akcja zbierania podpisów!!!!!

11 lipca 1943 roku był jednym z najtragiczniejszych dni dla Polaków podczas II wojny światowej. Udowodniono, że bojówki OUN-UPA wymordowały w tym dniu na Wołyniu co najmniej 3 tysiące bezbronnych polskich cywili (prawdopodobnie liczba ofiar 11 lipca była znacznie większa; a łącznie w latach 1939-47 na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej ukraińscy nacjonaliści zgładzili ponad 130 tys. Polaków). Wydawałoby się, że taki dzień, kulminacja trzeciego ludobójstwa na narodzie polskim, zasługuje na upamiętnienie. Jednak jest inaczej, przynajmniej dla polskich władz.

Inicjatywa dotycząca projektu uchwały: „O ustanowienie 11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian" utknęła na dobre w parlamencie. EURO-entuzjazm, tu i teraz, okazał się ważniejszy od historii narodowej i obowiązku pamięci o ofiarach nacjonalizmu ukraińskiego. 69 lat ciszy w tych sprawach to zdecydowanie za długo, to nie tylko wstyd ale i hańba. Skorzystaliśmy z przysługujących nam praw obywatelskich i sami powołaliśmy komitet inicjatywy ustawodawczej skutecznie zmierzający do celu. Komitet d.s. ustanowienia dnia „11 lipca Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian” po zebraniu 100 tys. podpisów, po drodze uświadamiający całemu społeczeństwu prawdę o skrzętnie przemilczanym ludobójstwie Polaków na Kresach, ma szansę doprowadzić sprawę do końca. Apelujemy do wszystkich organizacji kresowych i tych naszych rodaków, którym prawda o naszym narodzie leży na sercu, o rozpoczęcie zbierania podpisów. Akcją obejmujemy cały kraj, każdy zakątek, gdzie tylko są chętni do zbierania podpisów. Pokażmy, że nie chodzi tu o 100 tys. podpisów ale i o coś więcej.
Na początku marca br. listy ze 100 tys. podpisów musimy złożyć w Sejmie. Wówczas posłowie będą MUSIELI zająć się naszym projektem.
Do zebrania podpisów w rodzinie, od znajomych, sąsiadów wystarczy lista do wydrukowania, pobrana z http://11lipca1943.wolyn.org/wykaz_lista.doc
http://11lipca1943.wolyn.org/wykaz_lista.doc
11lipca1943.wolyn.org

2013-01-14 11:55:23
Administrator


Kresowy Serwis Informacyjny

Kochani, nasza internetowa akcja rozwija się, coraz więcej nas przybywa na FB. Ale pamiętajmy o zbieraniu podpisów w "realu"! To jest istota naszej akcji.
Tymczasem zamieszczamy wspomnienia Włodzimierza Sławosza Dębskiego (na zdjęciu) o tym, co się działo 11 lipca 1943 w wołyńskim Kisielinie. Właśnie dla upamiętnienia m.in. tych wydarzeń chcemy, by 11 lipca był Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian.
Syn autora wspomnień, wybitny kompozytor Krzesimir Dębski jest członkiem naszego komitetu!
Wspomnienia pochodzą z książki H.Cybulskiego "Czerwone noce".

„W niedzielę 11 lipca 1943 roku padał od rana gęsty deszcz, który wielu zniechęcił do udziału w nabożeństwie. Toteż w kościele zgromadziło się tego dnia nie więcej niż sto pięćdziesiąt osób. Jeszcze przed nabożeństwem dostrzegłem w pobliżu kościoła jakichś obcych ludzi, ale nikt nie zwrócił na nich specjalnej uwagi, choć już od jakiegoś czasu mówiło się o spodziewanym napadzie na kościoły.
Po nabożeństwie na dziedzińcu zaroiło się od »czarnosetennych«. Ludzie momentalnie zawrócili do kościoła. Wtedy bandyci otworzyli ogień. Ci, którzy nie zdążyli cofnąć się w porę, padli w czasie tej pierwszej strzelaniny.
Zamknąłem główne drzwi, zaryglowałem je ogromną zasuwą. Z zewnątrz dobiegł do nas rozkaz:
- Wychodite po czetyroch!
Wszyscy w popłochu rzucili się do kaplicy. Tu dopiero co przytomniejsi ochłonęli z wrażenia. Ktoś perswaduje:
- Po co było zamykać? Oni pewnie kogoś szukają.
- Słusznie, jeżeli nie otworzymy dobrowolnie, to i tak wyważą drzwi, a wtedy wymordują wszystkich! - krzyczał Różański.
- Jesteście głupi! I tak nas wybiją, czy się poddamy, czy nie. Przecież tylko po to tu przyszli!
Jednakże głosy naiwnych przeważyły. Bronka Janaszkówna, córka miejscowego organisty, jej siostra stryjeczna Teresa oraz kilka innych kobiet ruszyło do drzwi.
Większośd ludzi - około stu osób, które nie miały złudzeń co do zamiarów bandy, rzuciła się do księżowskiej plebanii.
Kościół - stara, renesansowa kolegiata - miał grube mury i małe okienka. Podobnie zbudowana była kaplica i przylegająca do niej piętrowa plebania. Sporo ludzi przedostało się na strych plebanii. Dalej nie było już gdzie uciekac. Wszyscy kryli się w mrocznych kątach, chowali za belkami stropów. Ktoś zanurzył się w ogromnym kufrze wypełnionym mąką.
Kiedy już wszyscy znaleźli się na piętrze plebanii, zatrzasnąłem drzwi z klatki schodowej. Spostrzegłem, że wszędzie stoją kufry. To ludnośc Kisielina, spodziewając się napadu, poznosiła do plebanii swoje najcenniejsze rzeczy. Tutaj przynajmniej nie groził im pożar.
Wśród kufrów poznaję także ojcowską skrzynię. Taszczę ją pod drzwi. Ktoś mi pomaga. Po chwili drzwi zabarykadowane są już stosem skrzyn i kufrów. Nikomu nie przychodzi jeszcze myśl o jakiejś zorganizowanej obronie. Ta barykada to po prostu odruch samoobrony. Teraz jedyną nadzieją są te drzwi podparte skrzyniami.
Na dole, w nawie kościoła, pozostało jednak około sześcdziesięciu osób. Słyszymy strzały. Doskakuję do okna. Poraża mnie straszny widok. Czarne zbiry wyciągają ludzi z kościoła i mordują pod murem.
Oto widzę, jak jeden z bandytów, może siedemnastoletni chłopak, doskakuję do jednej z dziewcząt. Znęciła go jej ładna, kolorowa bluzeczka. Strzał w biodra. Aby nie zabrudzić bluzki - domyślam się. Pod murem leży już sterta ciał. Niektóre jeszcze drgają. Tych bandyci dobijają strzałami lub - oszczędzając naboje - kolbami.
Upowcy jednak pamiętają, że to nie wszyscy. Rozpoczynają poszukiwania. Za chwilę wylatują z brzękiem szyby z okien plebanii. Tupot wielu nóg. Łomotanie do drzwi.
- Wychodźcie!
Rozpaczliwa próba ratunku - milczymy. Bandyci zaczynają rąbad drzwi. Kobiety podnoszą rozpaczliwy lament. Tak, to chyba koniec.
Nagle krzyczy stary Krupinski:
- Na co czekacie?! Aż wyrąbią drzwi i wystrzelają nas co do jednego?! Tchórze! Broncie się! Mężczyźni, psia wasza mad!...
Te słowa poskutkowały jak smagnięcie biczem. Nikt do tej chwili nie myślał o czynnej obronie. Byliśmy oszalałym ze strachu tłumem kobiet i mężczyzn. Tak, trzeba się bronić! Jeśli nawet nie ocalimy siebie, to przynajmniej zginie kilku z nich.
I nagle zakotłowało się. Rozbiegliśmy się po kątach w poszukiwaniu czegoś do obrony. Ktoś znalazł siekierę. Ja wracam ze strychu z cegłami w ręku. Po drodze widzę, że ksiądz Kowalski spowiada; stoi przed nim sznur łkających kobiet. Ten widok, nie wiedzieć czemu, podsyca moją wściekłość.
Po którymś uderzeniu ostrze bulbowskiej siekiery ukazuje się po naszej stronie. Potężny zamach i nasza siekiera - główna w tej chwili bron - uderza w siekierę napastników, siejąc snop iskier. Stoimy po bokach: ja, mój brat Jerzy, Stanisław Ziółkowski, Władek Kraszewski, ojciec i syn Krupinscy, Romuald Rodziewicz i Józef Bagnecki. Obok nas inni gotowi do pomocy. Czekamy.
Nasz opór przyprawia atakujących o wściekłość. Dziura w drzwiach powiększa się z sekundy na sekundę. Wkrótce ukazuje się w niej lufa i sieje dokoła pociskami. Uderzenie siekiery, i bandyta cofa brno.
W tym czasie ludzie znoszą ze strychu cegły, inni zabierają się do rozbierania pieców. Otwór jest już tak duży, że możemy przez niego rzucad odłamkami cegieł i kafli.
- Nie można wejśc, rzucają cegłami - leci raport do reszty bandy, oczekującej na dole. Upowcy zmieniają plan. Uderzenia siekier cichną. Po chwili stalowy ścieg pocisku z erkaemu rozbija solidny zamek. W drzwiach jest jeszcze jednak zasuwa. Drzwi pozostają nadal zamknięte. Erkaem wali teraz na oślep. Przeciwległa ściana ugina się od pocisków. Odbity tynk wznieca chmury pyłu. Świszczą rykoszety.
Nagle drętwieję z przerażenia. Przez otwór w drzwiach wpada granat. Sycząc kręci się wokół własnej osi, zwalnia i... cisza! Niewypał. Ziółkowski błyskawicznie chwyta granat. Wychylony w stronę otworu, z rozmachem rzuca go w czarną gardziel korytarza. Sekundy popłochu za drzwiami i potężna detonacja. Krzyki i jęki rannych. Wrzask triumfu po naszej stronie.
Teraz następuje dłuższa przerwa. Bulbowcy naradzają się. Nagle zza. drzwi dobiega rozkaz:
- Wychodźcie, bo spalimy was!
W pierwszej chwili opadają nam ręce. Podpalą! Wobec ognia jesteśmy bezsilni. Wykurzą nas z murów. Z murów? Prawda! Murów nie podpalą! Plebania jest murowana i kryta dachówką.
Upowcy naprawdę jednak próbują nas podpalic. Znoszą słomę i układają ją pod drzwiami. Słoma oblana naftą wybucha jasnym płomieniem. Korytarz wypełnia się gryzącym dymem. Upowcy wycofują się. Czekają.
Sytuacja staje się groźna. Dym wdziera się do środka. Zaczynamy się krztusic.
W całym budynku nie ma ani kropli wody. Wtedy wpadam na desperacki pomysł. Pod ścianą stoją dwa puste wiadra, napełniamy je... moczem. Kobiety i mężczyźni.
Mój brat Jerzy i Józek Bagnecki otwierają drzwi. Chlustają z wiader na ścianę dymu i płomieni i zatrzaskują je. Teraz w powietrzu zawisa niesamowity konglomerat dwóch woni: dymu i moczu. Płomien przygasa. Cel został osiągnięty: płomienie nie zagrażają już drzwiom.
Zatykamy otwór w drzwiach poduszkami. Dym jednak wdziera się przez szpary, drapie w gardle, oślepia. I do tego ów niesamowity zapach: ludzie zaczynają wymiotowac.
Mój brat wygrzebał z jakichś zakamarków kilka arkuszy blachy. Okładamy nią drzwi, tarasujemy skrzyniami. Na razie niebezpieczenstwo zażegnane.
Mija właśnie trzecia godzina oblężenia i znikąd nie nadchodzi ratunek. Upowcy nie ustępują. Zaczynają teraz szturmowac okna.
Naprzeciw plebanii, w odległości zaledwie kilkunastu metrów, stoi pusta stodoła. Z dachu stodoły zaczynają teraz ujadac dwa erkaemy. Ściana plebanii pokrywa się mozaiką dziur. Tynk pryska kawałkami, kurz zatyka usta.
Ksiądz Kowalski chwyta poduszkę, chce zatkac okno; podobno kule nie przeszywają pierza. Po chwili pada z przestrzelonym uchem.
Rannych, których mamy coraz więcej, odciągamy pod ściany, przenosimy do innych pomieszczen. Cała księżowska bielizna i pościel idzie na bandaże.
Było to przygotowanie ogniowe, teraz dobiega nas przeraźliwe »hura!« i upowcy zaczynają atakowac okna. Przystawiają drabiny i wspinają się do góry.
Odpowiadamy cegłami. Błyskawiczny przechył nad parapetem i rzut cegłą w dół, jak najsilniej, aby bandyta, który oberwie, był już niezdolny do walki. Rzeczywiście, co chwila dobiegają nas ryki i przeklenstwa.
Padają i nasi. Gdy jedni upowcy atakują okna, inni czyhają na wychylających się obronców.
Po chwili do środka wpadają dwa granaty. Specjalizujemy się w ich odrzucaniu. To jedyna możliwośc ratunku. Stach Ziółkowski odrzucił już pięc, ja dwa.
Nie wszystkie granaty udaje nam się odrzucic. Niektóre wybuchają na środku i ranią najbliżej stojących. Po takim wybuchu nic nie słyszę. Widzę tylko otwierające się i poruszające usta, żaden głos nie dociera jednak do mojej świadomości.
Po godzinie takiego piekła następuje długa przerwa w oblężeniu. Zalega cisza. Teraz dopiero słyszymy jęki rannych i przeraźliwe dzwonienie w uszach.
W pewnej chwili przytłacza mnie straszliwa rozpacz i przygnębienie. Tracę wiarę w celowośc dalszego oporu. Walczymy już tyle godzin i nikt nie przychodzi nam z pomocą. Bandyci są bezkarni, nie spieszą się!...
Wszyscy jesteśmy już na pograniczu histerii. Kobiety modlą się i płaczą. Spora grupa mężczyzn kryje się po kątach od samego początku walki. Ci niezdolni są do pomocy. Płaczą lub trzęsą się ze strachu.
Pod księżowskim łóżkiem widzę kilkunastoletniego Józka Daczkowskiego, leżącego bez ruchu już od kilku godzin. Zabity? W przerwie między dwoma atakami podbiegam do chłopca i odwracam go na plecy. Żyje! Jest cały i zdrowy. Śpi. Po prostu śpi! Tylko ślady łez świadczą, że usnął zmożony długim płaczem.
Reakcje poszczególnych ludzi na strach i zmęczenie są więc diametralnie różne. Gdy jedni płaczą, tego chłopca nie są w stanie zbudzic ogłuszające wybuchy granatów.
Następuje drugi atak do okien i zasypywanie nas granatami. Upowcy mają ich pod dostatkiem, nie muszą oszczędzac. Jest już godzina dwudziesta. Walczymy osiem godzin. Zaczynamy coraz dotkliwiej odczuwac brak cegieł. Wszystkie piece są już rozebrane. Rzucamy teraz ciężkimi przedmiotami. Wszystko, co tylko zdoła zmieścic się w małych okienkach, leci na głowy upowców.
Stary organista Janaszek i Bronek Kraszewski taszczą pod okno maszynę do szycia. Czekają. Jakiś upowiec pnie się właśnie po drabinie. Już jest wysoko, za chwilę rzuci granat. Nie rzuci. Maszyna leci w dół. Słyszymy trzask łamiącej się drabiny i krzyk rannego bandyty.
W przerwach między atakami bandyci usiłują pertraktowac.
- Poddajcie się, nic wam nie zrobimy! Wypuścimy tylko bebechy z waszego księdza!
Odpowiadamy przeklenstwami i cegłami. Upowcy rezygnują z »dyplomatycznych« kroków i przypuszczają nowy atak. Sypie się coraz więcej granatów. Przybywa rannych. Janek Krupioski zostaje zabity. Garczynski, Władek Kraszewski i mój brat są ciężko ranni. Staszek Ziółkowski, ranny w lewą rękę, dalej broni okna, ale i on pada w koocu trafiony pociskiem w samo serce.
Około godziny dwudziestej drugiej nie można już było bronic wszystkich okien jednocześnie. Połowa mężczyzn to ranni i zabici, druga połowa jest już niezdolna do walki. Wtedy do pomocy stają dziewczęta, a między nimi Teresa Masłowska i Teresa Swiderska.
Nagle wpada nowy granat i toczy się po podłodze. Skok! Schylam się. Widzę rozdzierającą jasnośc, oblewa mnie fala dziwnego ciepła. Odnoszę wrażenie, jakbym unosił się do góry. Uciekam. Ktoś biegnie za mną z krzykiem. Pod ścianą przewracam się. Spod prawego kolana rytmicznie tryska purpurowa struga. Krwawi też prawy bok. Widzę twarz Anielki, mojej narzeczonej. Coś krzyczy. Nic nie słyszę.
- Módl się! - dociera do mnie słaby głos, choc wiem, że dziewczyna krzyczy z całej siły. Jej oczy świadczą o tym, że wyglądam strasznie.
Zaczynam odmawiac »Ave Maryja«. Nagle przerywam w połowie słowa. Krew płynie ze mnie strumieniami. Przytomnieję. Wiem, że za minutę umrę z upływu krwi, jeśli nie przewiążę rany. Zdejmuję pasek i ściskam nogę, ale krew bucha dalej.
- Zrób tampon, szybko! Rusz się! - krzyczę do Anielki.
Dziewczyna ożywia się. Robi tampon z gazety i mocno przyciska do rany, potem obwiązuje ją podszewką wydartą ze swego płaszcza. Przestaję krwawic. Anielka drze teraz księżowskie prześcieradła i zaczyna opatrywac rany Antoniego Ziółkowskiego, jego dzielnego syna Stanisława, potem Stanisława Janaszka i innych.
Jest już prawie noc, a nagle robi się widno. To płonie stodoła. Na szczęście o tej porze roku była już pusta. Napastnicy spodziewali się, że płomienie przerzucą się z wiatrem na dach plebanii i plebania spłonie.
Dachówka wytrzymała napór żaru. Na strychu robi się upalnie jak w piecu. Stodoła dopala się szybko. Bandyci strzelają jeszcze z erkaemów, ale już jakoś bez entuzjazmu. Około dwudziestej trzeciej następuje zupełna cisza. Czekamy. Mija pół godziny i nic się nie dzieje. Co odważniejsi wychylają się z okna, ale nic nie widac w ciemności. Czy upowcy naprawdę odeszli, czy tylko obmyślają nowy podstęp?
Po północy postanawiamy działac. Na ochotnika zgłasza się czterech mężczyzn. Ustalamy, że opuści się ich na dół po sznurze. Jeśli nie ma nikogo, niech biegną, każdy do innej wsi, po pomoc.
Ochotnicy powoli znikają za oknem. Mijają minuty. Cisza. Albo upowców rzeczywiście nie ma, albo czekają na większą ilośc ryzykantów.
Teraz zgłaszają się cztery kobiety. Opuszczają je na sznurach. Po chwili słyszymy ich głośnie wołania:
- Wychodźcie, nikogo nie ma!
Zaczyna się ewakuacja. Baliśmy się do konca otworzyc drzwi. Około osiemdziesięciu osób zjechało na sznurze i przepadło w mrokach nocy.
Wszystkie te wydarzenia rozgrywały się na moich oczach. Widząc, że reszta ludzi znika w oknie, przeraziłem, się. Nie myślą o rannych. Każdy ratuje tylko siebie.
- Ludzie, zabierzcie rannych! - krzyczę.
Nikt już nie słyszy. Za chwilę zostaje nas tylko czworo: Anielka, mój ranny brat, mały Józek Biesiaga i ja. Wszyscy ranni, którzy mogli poruszac się o własnych siłach, uciekli.
Za wszelką cenę musiałem wydostac się z tego grobowca. Powiedziałem Anielce, by obudziła chłopaka. We dwoje przywiązali mnie do miotły i zaczęli powoli opuszczac na sznurze.
Na dole czekało mnie nowe zadanie: musiałem się odwiązac i odsunąc przynajmniej o metr od muru, aby dac miejsce pozostałym. Ta czynnośc kosztowała mnie wiele męczarni.
Wkrótce wszyscy znaleźli się na dole. Mój brat Jerzy był poważnie ranny, ale miał zdrowe nogi i mógł poruszac się o własnych siłach. Wyniesiono mnie w pobliskie maliny. Anielka kazała mi leżec spokojnie i w żadnym wypadku nie ujawniac swojej obecności.
Zostaję sam. Od chwili kiedy zostałem ranny, mija już trzecia godzina. Czuję, że powoli zatracam świadomośc, zaczynam majaczyc. Oto widzę upowca skradającego się ku mnie, widzę jego dzikie, błyszczące oczy...
Świta. Ciałem moim wstrząsają gwałtowne dreszcze. Wtem słyszę... tak, wyraźnie słyszę, że ktoś woła mnie po imieniu. Jestem jeszcze na tyle przytomny, by zdawac sobie sprawę z grożącego mi niebezpieczenstwa, nie odzywam się więc, poza tym jestem pewny, że wołanie to jest moim kolejnym przywidzeniem.
Nasłuchuję dalej. Słyszę teraz wyraźniej jakiś męski głos wołający przeciągle - Sławek!
Jeśli się nie odezwę, to nikt mnie tu nie znajdzie i spotka mnie niechybna śmierc. Krzyczę więc raz i drugi. Nawoływania cichną. Wtem przerażenie odbiera mi mowę. Przede mną stoi znajomy Ukrainiec, Wiktor Padlewski. Koniec! - przemknęło mi przez umęczoną głowę. - Tyle trudu na marne - pomyślałem i zamknąłem oczy. Otwieram je po chwili i widzę, że Padlewski płacze. Najwyraźniej płacze. Przeklina głośno swoich pobratymców za to, co zrobili z ludźmi tam, pod murem kościoła, i za mnie, za ten krwawiący strzęp ludzki.
Wkrótce, zawiadomiony przez Anielkę, przyjeżdża na furmance jej ojciec.
Wspólnie ładują mnie na wóz i odwożą do mieszkania innego Ukrainca, Parfeniuka.
Tu przeleżałem przez cały następny dzien. We wtorek rano obydwaj Ukraincy odwieźli mnie do szpitala w Łokaczach. Nogi jednak nie zdołano uratowac...”

2013-01-14 11:52:58
Administrator


Koncert kolęd

2013-01-05 22:21:17
Administrator


Szanowni Państwo! Drodzy Przyjaciele!

W czwartek 3 stycznia o g. 22.30 wezme udział w dyskusji w TVP Info w programie Jana Pospieszalskiego "Bliżej", który w całości będzie poświęcony postaci śp. arcybiskupa Ignacego Tokarczuka.

Zaprasza w imieniu organizatorów w najbliższą sobotę 5 stycznia o g. 12.00 na Piąta Patriotyczna Pielgrzymka Kibiców na Jasną Górę. Moje poparcie dla tej sprawy przeczytaj na w "Rzeczpospolitej".

http://www.rp.pl/artykul/964856--Ustawka--na-Jasnej-Gorze.html
Bliższe informacje znajdziesz na blogu ks. Jarosława Wąsowicza i jego braci

http://www.braciawasowicz.blogspot.com/

Zapraszam także:

Niedziela, 6 stycznia

Ormiańska Epifania - Astwacahajnutjun.

Msze św. ormiańskokatolickie, połączone z obrzędem "Chrztu wody i wyborem czterech "ojców chrzestnych".

g. 11.00 - Gliwice - w kościele ormiańskim przy ul. Mikołowskiej 2 .

Po mszy św. opłatek w siedzibie Związku Ormian im. Abp. Józefa Teodorowicza.

g. 18.00 - Kraków - w kościele Miłosierdzia Bożego przy ul. Smoleńsk.

Szczęść Boże!

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski
www.isakowicz.pl

Fundacja im. Brata Alberta
www.albert.krakow.pl
Numer do odpisów 1% - KRS 0000028246
http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=14&nid=494

2013-01-02 19:40:29
Administrator


Razem na chwałę Bożą śpiewajmy!

Prezydent Bytomia i Przewodnicząca Rady Miejskiej
Dyrekcja Kopalni Bobrek – Centrum
Towarzystwo Miłośników Lwowa
Miechowickie Stowarzyszenie Muzyczno-Kulturalne

mają zaszczyt zaprosić na

śląsko-lwowską kolendę
„Razem na chwałę Bożą śpiewajmy!”
Kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny Bytom – Rynek

6 stycznia 2013 - godz. 15.00

Msza święta
Loncert kolęd
w wyk. Górniczej Orkiestry Dętej BYTOM
Życzenia składają lwowscy kolędnicy: Tońku i Szczepku

„….Miasto Bytom z miastem Lwów rozumieją się bez słów!”

2013-01-02 19:36:50
Administrator


Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88

WsteczW góręStrona startowaMapa serwisuKontakt